Żeńskie nazwy zawodów Żeńskie nazwy zawodów

Temat żeńskich nazw zawodów co jakiś czas wraca jak bumerang i za każdym razem wywołuje tak samo gorące emocje. O ile język polski jest na tyle elastyczny, że bez większych problemów pozwala tworzyć żeńskie zamienniki nazw typowo męskich, to te wciąż jeszcze nie są oficjalnie uznawane, mimo że stosuje się je coraz częściej. W rezultacie nadal nie ma pewności, jak wypada nazywać kobietę szefującą rządowi, pilotującą samolot czy prowadzącą ciężarówkę. Sprawy nie ułatwia też fakt, że niektórzy językoznawcy i przedstawiciele Rady Języka Polskiego zajmują skrajnie różne stanowiska w tym temacie.

Ministra, premiera, psycholożka, pilotka, kierowczyni – czy wypada w ten sposób zwracać się do kobiet piastujących stanowiska, do których odnoszą się te nazwy? A może warto odwrócić medal na drugą stronę i zapytać – czy do kobiet wykonujących te zawody można zwracać się inaczej? W tym temacie opinie są mocno podzielone. Nie brakuje interpretacji językoznawców, które wskazują, że nie ma nic złego w tworzeniu żeńskich odpowiedników dla męskich nazw zawodów. Z drugiej strony Rada Języka Polskiego wyraża poważne wątpliwości w tej kwestii. Bez względu na stanowisko ekspertów, żadna grupa społeczna nie chce czuć się dyskryminowana. W takim samym stopniu dotyczy to mężczyzn, co kobiet i osób postrzegających swoją tożsamość płciową przez znacznie szerszy pryzmat.

Co kraj, to obyczaj

Nie każdy język stwarza tak niekomfortową sytuację. Za przykład weźmy choćby angielski, który jest językiem neutralnym płciowo. Nie można jednak stwierdzić, że problem odmiany nazw zawodów przez rodzaje gramatyczne dotyczy wyłącznie naszej ojczystej mowy. Taki sam mają choćby Czesi, ale bądźmy szczerzy – w ich przypadku nie można mówić o jakimkolwiek problemie z tym związanym, bo za czeską granicą nikt nie tkwi w przekonaniu, że męskie nazwy zawodów w jakikolwiek sposób podnoszą rangę osób, do których są przypisane.

Analizując ten temat nieco głębiej, trudno oprzeć się wrażeniu, że polska moralność językowa jest w tym temacie wyraźnie wybiórcza. Nie mamy bowiem najmniejszego problemu z tworzeniem żeńskich nazw zawodów o niskim prestiżu społecznym. W restauracji wzywamy przecież kelnerkę, do utrzymania porządku w domu lub biurze zatrudniamy sprzątaczkę, na liście płac placówek oświatowych figuruje woźna. To dla nas zupełnie naturalne. Nikt przecież nie używa formy „pani kelner”. Jeżeli jednak zwracamy się do kobiety, która ma reprezentować nasze interesy przed sądem, prawie nikt nie użyje formy adwokatka. Zaprojektowania domu nie powierzamy architektce. Po poradę medyczną nie chodzimy do doktorki.

Z czego wynika owa wybiórczość? Z całą pewnością nie bez znaczenia jest tu fakt, że wiele osób nadal uznaje męskie nazwy zawodów, zwłaszcza tych wiążących się z pewnym prestiżem i które kiedyś były uznawane za możliwe do wykonywania wyłącznie przez mężczyzn, za nobilitujące. Kolejna rzecz, żeńskie odpowiedniki nazw pewnych profesji nadal kojarzą nam się z mową potoczną, która nie przystoi do powagi sytuacji oficjalnych. Nie można nie wspomnieć, że niektóre nazwy sprowadzone do rodzaju żeńskiego brzmią po prostu zabawnie i zdecydowanie lepiej prezentują się zamknięte w konwencji humorystycznej niż choćby w oficjalnych pismach. Ktoś może powiedzieć – „taka argumentacja, to żadna argumentacja”. Pewnie będzie miał rację, bo każde nowe słowo brzmiało kiedyś obco, niezrozumiale, a nawet śmiesznie.

Co na to Rada Języka Polskiego?

Niektórzy językoznawcy nie widzą niczego złego w tworzeniu żeńskich form nazw zawodów i stanowisk, inni podkreślają, że w naszej ojczystej mowie brzmią nienaturalnie i nie powinny być stosowane. Jakie stanowisko w tej sprawie zajmuje Rada Języka Polskiego?

Eksperci wskazują, że formy żeńskie nazw zawodów, stanowisk i związanych z nimi tytułów są dopuszczalne, jednak w tej samej wypowiedzi wymieniają też liczne wady wynikające z ich tworzenia. Rzeczownikowe nazwy męskie sprowadza się do formy żeńskiej poprzez dodanie do nich przyrostka -ka. Zdaniem specjalistów nie jest to właściwe we wszystkich sytuacjach. W przypadku niektórych nazw, zastosowanie przyrostka -ka może wprowadzać wrażenie potoczności lub zdrobnienia – profesorka, ministerka, premierka. W takich sytuacjach, do męskich nazw rzeczownikowych właściwsze wydaje się dodanie końcówki -a, mimo że tradycyjnie używa się jej w przypadku tworzenia nazw żeńskich pochodzących od przymiotnikowych form męskich. W tym miejscu pojawia się jednak kolejny problem, a nawet trzy problemy. Eksperci wskazują na możliwość stworzenia słowa tożsamego brzmieniowo z innym słowem (np. premiera – to słowo może odnosić się zarówno do szefowej rządu, jak i do pierwszej emisji filmu). Drugim problemem jest wrażenie zgrubienia, jakie w niektórych przypadkach może stwarzać końcówka -a. Trzeci to możliwość wprowadzenia dwuznaczności do wypowiedzi w przypadku połączenia ich ze zwrotem grzecznościowym. O ile nikt nie będzie miał wątpliwości co do intencji słów „pan premier”, to mówiąc „pani premiera” wprowadzamy istotny znak zapytania – mówimy o szefowej rządu, czy raczej mamy na myśli wyrażenie dzierżawcze (pani czyja? – premiera)?

O ile trudno nie zgodzić się z większością argumentów Rady Języka Polskiego, które mają wskazywać na potencjalne trudności wynikające z wprowadzenia żeńskich odpowiedników męskich nazw, to ten o słowach tożsamych brzmieniowo trudno uznać za trafny. Weźmy choćby nazwę pilot, która odnosi się do osoby siedzącej za sterami samolotu. Przecież ta sama nazwa jest przypisana do elektronicznego urządzenia sterującego danym sprzętem. W tym kontekście nie można podeprzeć się twierdzeniem, że pilotka to nie kobieta pilotująca samolot, a czapka noszona przez pilota.

Stanowisko RJP nie jest jednoznaczne w temacie tworzenia żeńskich odpowiedników męskich nazw zawodów, bo o ile specjaliści dopuszczają taką możliwość, to wskazują też, że niektóre pary rzeczowników, jak choćby minister czy premier, od dawna odnoszą się do kobiet i mężczyzn, a w kontekście całego zdania, nie ma problemu ze wskazaniem płci osoby, o której mowa.

Język polski = język androcentryczny?

Trudno o jednoznacznie trafną odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Androcentryzm językowy zależy bowiem przede wszystkim od osoby, która posługuje się daną mową. Nie można jednak przemilczeć faktu, że w języku polskim dominują przede wszystkim formy męskie, które są też podstawą wielu form żeńskich. Na androcentryzm języka polskiego pośrednio wskazuje też samo stanowisko, jakie RJP zajęła w omawianej kwestii. Trudno bowiem oprzeć się wrażeniu, że clou wypowiedzi ekspertów można zamknąć w słowach – „to możliwe, ale po co zmieniać coś, co działa od dawna?”.

Nie oznacza to jednak, że żeńskie nazwy zawodów są skazane na wymarcie śmiercią naturalną. Te pojawiają się w coraz liczniejszych publikacjach prasowych (choć w wielu z nich brakuje konsekwencji w tym temacie). Mało tego, 1 stycznia 2021 roku rozpoczął się proces wdrażania feminatywów w warszawskich urzędach. To istotny krok naprzód, ale nie można jednoznacznie stwierdzić, że społeczeństwo polskie jest gotowe na takie zmiany, tak samo, jak wciąż jeszcze nie jesteśmy do końca gotowi na wprowadzenie zaimków neutralnych płciowo.

Co zatem możemy zrobić w tym temacie? Rada jest tylko jedna – skoro kwestii językowych nie może rozwiązać żadna regulacja prawna, pozostaje nam po prostu używać nowych słów, aż w końcu zostaną one uznane za jednoznacznie poprawne.

5/5 - (na podstawie 7 ocen)