chat gpt tłumaczenia sztuczna inteligencja Słowem Roku 2023 w corocznym konkursie organizowanym przez Uniwersytet Warszawski została „sztuczna inteligencja”[1]. Trochę się jej boimy, a jednak używamy do codziennych tłumaczeń Google Translate’a czy DeepL. Jak efektywnie współpracować z AI na rzecz jakościowego tłumaczenia? Oto kilka wskazówek!

  1. Nie ufaj sztucznej inteligencji. Przynajmniej nie do końca.

W zeszłym miesiącu opublikowaliśmy artykuł pt. „W jakich kategoriach tłumaczeń AI nie zastąpi specjalisty?”. Pisaliśmy w nim o spektakularnych pomyłkach (takich, które miały miejsce na międzynarodowej konferencji lub skończyły się aresztem) sztucznej inteligencji w tłumaczeniu. AI, choć w procesie machine learning uczy się bardzo szybko, wciąż popełnia błędy, jakich trudno uświadczyć u wykwalifikowanego tłumacza. Nie są to literówki, a nieprawidłowa interpretacja kontekstu, która skutkuje błędami zabawnymi lub… Tragicznymi w skutkach. AD. 2024 – sztucznej inteligencji w tłumaczeniu nie można jeszcze zaufać na 100%. Raczej na 70%.

  1. Zacznij pracę od przeczytania tekstu źródłowego.

To podstawa udanego tłumaczenia, nieważne czy w roku 1924 czy sto lat później. Zapoznajemy się z materiałem w języku oryginalnym, zwracając uwagę na jego formę, styl pisania, autora i odbiorcę, przeznaczenie i inne niuanse, które objawią się nam w trakcie czytania. Czujemy „ducha” tekstu, a naszym zadaniem jest przenieść go do tłumaczenia.

  1. Oceń przekład wykonany przez translator.

Zapoznaj się z materiałem wygenerowanym przez maszynę. Czy tłumaczenie jest trafne, adekwatne, w odpowiedniej formie? Większość usług masowego tłumaczenia treści opiera się obecnie na post-editingu, czyli opracowywaniu tekstu przetworzonego przez translator. Specjaliści Alconost, amerykańskiej korporacji tłumaczeniowej, przedstawiają w artykule[2] zalety tego procesu. Jedna z nich jest podstawowa, niezaprzeczalna: „Już nigdy nie będziesz zaczynać tłumaczenia z czystą kartką”. Pusta przestrzeń to dla wielu blokada trudna do pokonania.

Drugi jasny punkt editingu według Alconost to możliwość czerpania z kreatywności internetowego tłumacza. Translator przedstawia nam rozwiązania, na które być może byśmy nie wpadli. Jego pomysły są (niekiedy) świeże, inspirujące, a przy tym stanowią solidne tło dla pokazu doświadczenia i umiejętności zawodowych tłumacza. Kolejną zaletą jest zwiększona produktywność, korzystna zarówno dla zleceniodawcy, jak i zleceniobiorcy. W ogólnym rozrachunku dłuższa „wierszówka” to wyższa wypłata, nawet jeśli stawki – przez wzgląd na użycie translatora – są nieco niższe.

Podsumowując: doceń i oceń tłumaczenie, a następnie…

  1. Poprawiaj, przycinaj, stwórz dzieło sztuki językowej.

Żeby nie było idealnie – Google Translate czy Microsoft Translator nie są wcale uczniami „szóstkowymi”. Pochłaniają duże ilości megabajtów materiału, który też może być błędny. Jak inaczej wytłumaczyć stereotypizację płci w tekstach wyjściowych translatora? Google Translate przypisuje rodzajnikom nieokreślonym w różnych językach w tłumaczeniu na angielski formę „he” lub „she” zależnie od kontekstu. Do wyników należą m.in.: „He is a doctor. She is a nurse” lub „He is a president. She is a singer” (co w tłumaczeniu brzmi: „On jest doktorem. Ona jest pielęgniarką” i „On jest prezydentem. Ona jest piosenkarką”). Myślenie o równości płci przy tworzeniu tekstu to dobre ćwiczenie dla ludzi, nie tylko po to, by sprawdzać translator.

Jeśli nie podoba Ci się forma tekstu, zmień ją. Może wpadniesz na lepszy pomysł? Wytnij fragmenty, których znaczenie się powtarza. Sprawdź, jak zostało przetłumaczone wyrażenie, pojawiające się w tekście kilka razy – może się zdarzyć, że w różny sposób. Zwróć uwagę na interpunkcję, prawidłową pisownię słów i wyrażeń. Edytuj tłumaczenie w taki sposób, by nabrało (jeśli to możliwe i stosowne) indywidualnego charakteru.

  1. Przeczytaj dokładnie tekst wyjściowy, najlepiej gdy już „odleży”.

To uniwersalna rada dla wszystkich „ludzi słowa”. Przeczytaj tekst po raz ostatni po przespanej nocy – jest większa szansa, że wyłapiesz wszystkie mniejsze i większe „babole”. Tekst wysłany, czas zabrać się za kolejny. Czy z translatorem praca nie idzie sprawniej i przyjemniej?

Jak wygląda przyszłość pracy tłumacza?

Zgodnie z zasadą, że pewna jest tylko zmiana, również w świecie tłumaczeń należy przyzwyczajać się do konieczności szybkiego przyzwyczajania. Yuval Noah Harari, izraelski historyk i filozof, w książce „21 lekcji na XXI wiek” pisze, że w 2050 roku  znajomość mandaryńskiego, kantońskiego czy hakka[3] człowiekowi Zachodu być może wcale się nie przyda, ponieważ przenośne, znakomicie mówiące we wszystkich językach translatory będą tak powszechne jak dzisiaj smartfony. W edukacji trzeba będzie zatem postawić na umiejętności miękkie: komunikacji, krytycznego myślenia, kooperacji i kreatywności (tzw. cztery „K”).

Czy zawód tłumacza z krwi i kości będzie miał wówczas rację bytu? Cóż, jeden z wniosków z wyżej wspomnianej publikacji jest taki, że choć nie wszystko możemy przewidzieć, to powinniśmy przygotować się na konieczność szybkiej – i ciągłej – adaptacji do innych warunków. A co za tym idzie, umieć przebranżawiać się bez uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Kim będzie tłumacz, jeśli nie tłumaczem? Może interpretatorem kultury albo badaczem sposobów porozumiewania się zwierząt? W odpowiedzi na to pytanie ogranicza nas tylko fantazja.

[1]Choć właściwie jest to wyrażenie, które nie ma odpowiednika w postaci pojedycznego słowa. Zamiennie używamy angielskojęzycznego pojęcia „AI”.

[2]https://www.linkedin.com/pulse/ai-replace-translators-short-answer-transform-how-we-work-alconost-nnnjf/

[3]Jeden z języków chińskich.