Gesty (nie)porozumienia

Oglądając standardowy amerykański film obserwujemy scenę, w której rodzice odprawiają swoją pociechę przed ważnym egzaminem. Ze śnieżnobiałymi uśmiechami mówią: fingers crossed! i krzyżują palce: środkowy ze wskazującym. Lektor czyta jednak: trzymamy kciuki! Czyżby się pomylił?

Nie do końca. Gdyby powiedział: krzyżujemy palce, polska widownia mogłaby nie zrozumieć, co amerykańscy rodzice mieli na myśli. A oni, być może nieświadomie, wołali o pomoc dla swojego potomka do Najwyższego. Gest skrzyżowanych palców wywodzi się bowiem z czasów wczesnego Kościoła i przywołuje moc chrześcijańskiego krzyża. Palce krzyżowano, by odegnać złe, zwrócić się o wsparcie do Boga, a także rozpoznać swoich pobratymców w czasach prześladowań. W XVI-wiecznej Anglii zabobonnie czyniono gest wtedy, gdy ktoś kichnął lub kaszlnął, a obecnie służy on również do złagodzenia wypowiadanego niewinnego kłamstewka. Dzieci wierzą, że gdy powiedzą „Odrobiłem zadanie” lub „Umyłem zęby”, trzymając palce skrzyżowane za plecami, nieprawda ujdzie im na sucho. Może gdyby tłumacz dostał więcej czasu antenowego, zamiast uproszczenia: trzymamy kciuki! przekazałby pełne znaczenie gestu?

Gesty level Japanese

W Japonii, dla odmiany, wszelkie krzyżowanie (palców, rąk, ramion) oznacza „nie” i „nie wolno”. Kultura wyspiarskiego kraju pełna jest niezrozumiałych dla nas kontekstów, dlatego pochodzące stamtąd materiały wymagają skrupulatnego tłumaczenia. Bo skąd niby mielibyśmy wiedzieć, że mówiący o Sakurze Naruto-kun (z anime „Naruto”) jest w niej zakochany? Japończyk odpowie: to proste. Przecież gdy tylko Naruto, młody wojownik, wypowiedział jej imię, podniósł do góry mały palec, poruszając nim charakterystycznie. Polskim widzom gest ów powinien być objaśniony w napisach. Podobnie jak przykładanie dwóch palców do nosa, mające ukazywać wylatujące z niego w ekscytacji strumienie krwi. Czy komuś ze środkowoeuropejskich odbiorców przyszłoby do głowy takie wyjaśnienie?

Lektor tłumaczem kultury

Japończycy z kolei mogliby nie zrozumieć naszego niemalże narodowego gestu: uderzania kantem dłoni w szyję podczas rozmowy: Byłem wczoraj u szwagra i… no, wiesz. Polak wie, a mieszkaniec Japonii może gest ów kojarzyć co najwyżej ze zwolnieniem z pracy – synonimem ściętej głowy. Jak wyjaśnienie post-alkoholowego ruchu i wielu innych znaków umiejętnie wpleść w tłumaczenie? W przypadku powyższego lektor po prostu musiałby przyspieszyć nieco tempa, by wypowiedzieć: Byłem wczoraj u szwagra i wiesz, upiliśmy się. Jeśli chodzi o wypowiedź Naruta: Sakura, moja „dziewczyna” itd. Bez problemu. Ten pojawia się dopiero „przy krwi z nosa”. No, chyba że nieruszającemu ustami bohaterowi lektor przypisze wyjaśniającą wypowiedź.

Przypisy na ekranie

Inaczej sprawa przedstawia się w przypadku tworzenia napisów. Twórcy tłumaczeń brytyjskich seriali i japońskich anime często praktykują umieszczanie objaśniających przypisów u góry ekranu tak, by odróżniały się od wypowiedzi bohaterów, a widz miał czas je przeczytać. Wydaje się to lepszym rozwiązaniem niż wyświetlanie wszystkich przypisów już w trakcie trwania wstępnej sekwencji – gdy oddajemy się biernej rozrywce, nawet pamięć krótkotrwała nas zawodzi, a kilkakrotne przesuwanie do początku filmu staje się niewygodne.

Wiemy, o co chodzi

Ku wygodzie tłumaczy, bohaterowie filmów najczęściej używają gestów powszechnie znanych lub takich, których znaczenie można zrozumieć z kontekstu. Należy do nich wywodzący się z czasów Wojny Stuletniej tzw. „two fingers”. Anglicy należeli onegdaj do świetnych łuczników – dzięki specjalnym technikom zestrzelić mogli w mig dwudziestu wrogów. Wobec tego przetrzebione szeregi armii francuskiej, gdy tylko dorwały jakiegokolwiek Anglika, obcinały mu dwa palce: wskazujący i środkowy, by ten nie mógł nigdy pokonać ich przy pomocy ulubionej broni. Ci, którym udało się zachować potrzebne w walce członki, triumfalnie demonstrowali je wściekłym Francuzom, wykrzykując: Mamy dwa palce, pokonamy was! A że gest ów dziś obraźliwy, od razu można się domyślić, gdy pokazanie go wywołuje filmowe pościgi, obelgi i pojedynki. O tym, że to odpowiednik naszego „środkowego palca” lepiej przekonać się z telewizji, niż na własnej skórze w trakcie wakacji.

Gdyby wszystkie gesty w różnych kulturach były tak obrazowe i jednoznaczne jak te, wykonywane przez stewardessy w trakcie przygotowania do lotu, tłumacze mieliby ułatwione zadanie. Ucierpieliby na tym jednak kulturoznawcy i pasjonaci języków obcych, których w innych kulturach pociągają… różnice.

Oceń

Dodaj komentarz